Duży słownik informatyczny Jacka Szaniawskiego – recenzja

Niewiele jest na rynku słowników informatycznych. Jeszcze mniej jest słowników w miarę obszernych. Zadanie, z którym mierzy się autor takiego słownika, jest zaiste trudne: po pierwsze, musi znać lub wręcz tworzyć najnowszą terminologię specjalistyczną; po drugie, musi uporać się z kontrowersjami dotyczącymi pewnych terminów fachowych. Co więcej, każdy gotowy słownik staje się prawie natychmiast nieaktualny, a wybory terminologiczne autora okazują się wkrótce przedwczesne. Dlatego też nie ma praktycznie możliwości, aby stworzyć tu dzieło doskonałe.

Problemy z terminologią

Na polskim rynku od lat czołową pozycję ma słownik Jacka Szaniawskiego. Chyba wszyscy profesjonalni tłumacze mają tę pozycję na podorędziu. Nie znaczy to, że nie narzekają na jej zawartość, czy wręcz na "styl" tego słownika. Można bowiem wskazać pewien sposób postępowania autora.

W przypadku terminów, dla których nie ma odpowiedników w polszczyznie, podaje on tłumaczenia omowne w nawiasach. To z pewnością nie podoba się tłumaczom, którzy stoją przed zadaniem spolszczenia dokumentacji produktu przeznaczonego dla szerokiego odbiorcy. Tu przede wszystkim należy hołdować zasadzie prostoty i zrozumiałości, co wyklucza stosowanie jakichkolwiek terminów obcojęzycznych, całkowicie niezrozumiałych dla laika. Wprawdzie tłumacz może dowiedzieć się, co dany termin oznacza, to jednak ze swym pytaniem "jak to oddać po polsku" zostaje sam.

Rzadko również do słownika wprowadzane są terminy żargonowe. Moim zdaniem, jest to wielka zaleta tej pozycji, niemniej jednak bywają tłumacze, dla których optymalnym przekładem jest kalkowanie języka angielskiego. Stąd też ich niezadowolenie.

Czasem w słowniku zdarzają się tłumaczenia nieścisłe, bo zbyt zawężone, np. "call-back = połączenie zwrotne, oddzwanianie (w celu sprawdzenia wiarygodności użytkownika)". Otóż, po pierwsze, połączenie zwrotne może służyć zmniejszeniu opłat abonenckich użytkownika modemu (rachunek opłaci instytucja nawiązująca połączenie zwrotne). Po drugie zaś, call-back to również "wywołanie zwrotne" (funkcji), ale tego słownik już nie odnotowuje. Podobne problemy dotyczą wielu innych terminów (np. reengineering, override, object request broker [por. CORBA]).

Brak w słowniku zresztą bardzo wielu terminów z zakresu programowania, zwłaszcza obiektowego (class template, notifier, moniker, modeler, member data, member function, object model, wrapper itd.) i języka Perl. W przypadku teorii programowania obiektowego od wielu lat słownictwo jest raczej stabilne, ale nie zostało ujęte w tym słowniku (choć istnieje już, wydany przez Kazimierza Subietę z Instytutu Podstaw Informatyki PAN, "Słownik często spotykanych terminów dotyczących obiektowości").

Koniecznie do słownika należy wprowadzić terminologię systemu UNIX (spotykaną niekiedy w starszych słownikach) ze względu na rosnącą popularność systemu operacyjnego Linux (mam na myśli takie hasła, jak: quota, symbolic link, fork (jako czasownik), widget, window manager, open source itp.), która już się ustaliła (por. np. projekty "Jak to zrobić?", polskie tłumaczenie KDE i PDL). Brak tej terminologii stanowi coraz większą wadę tej książki, bowiem na razie użytkownicy nie dysponują polską dystrybucją Linuksa.

Uwzględnione powinny zostać również w kolejnych wydaniach słownika powstające Polskie Normy (np. norma dot. ochrony informacji, PN-I-02000, gdzie jest rozdział o kryptografii). Byłoby również chyba pożyteczne, gdyby w słowniku znalazły się również terminy należące do logiki matematycznej. Podstawowych terminów nie jest zbyt wiele, a prędzej czy później pojawiają się one we wszystkich poważniejszych publikacjach z zakresu teorii informatyki.

W słowniku również nie można znaleźć odpowiedników rozpowszechnionego żargonu hakerów (ze słynnego pliku Jargon File). Zadanie przetłumaczenia choć części terminów jest bardzo niewdzięczne, bo trzeba by również uwzględniać polski żargon, a to chyba mało wykonalne.

Nie można mieć pretensji do autora za to, że nie zostały w słowniku ujęte najnowsze terminy dotyczące architektury sprzętu komputerowego. Tu zmiany zachodzą po prostu za szybko. Stosunkowo jednak wiarogodne są odpowiedniki w "Dużym słowniku…", zwłaszcza w porównaniu do terminologii stosowanej przez duże firmy fachowe – np. host adapter wg pewnej dużej firmy to "adapter hosta" (?!).

Jak wygląda słownik Jacka Szaniawskiego na tle innych słowników? Słownik Marciniaka i Jankowskiego zawiera wiele terminów "archaicznych" (z lat 70. i 80.), ale część terminologii dotyczącej nazw algorytmów jest w nim nadal aktualna. Natomiast słowniki WNT (techniczny i informatyczny) zawierają bardzo wiele terminów dotyczących wielkich komputerów. Jest to terminologia zdecydowanie "z myszką". W obu słownikach do czynienia mamy również z problemem niedokładnych tłumaczeń (jak z powyższego przykładu z call-back).

Podsumowując: jest to duży słownik dla profesjonalistów, którzy wiedzą, że nie wszystkie terminy są oddane ściśle, bo nie to niemożliwe z praktycznego powodu (znaczenie terminów zmienia się z upływem czasu: zwykle rozszerza się).

Słownik zautomatyzowany

Gdy zobaczyłem na półce księgarskiej pudełko z "Dużym słownikiem informatycznym", nie wahałem się. Szybko zainstalowałem na swoim PC 386, ale moja radość trwała krótko. Windows 3.1 to nie środowisko, w którym program czuje się najlepiej. Często wieszał się, wywołując "faule generała Protektora" :-<. W końcu okazało się, że można uruchomiać słownik tylko w celu wyszukania jednego terminu, a następnie – po jego znalezieniu – należy program szybko zamykać. W ten sposób praca była już bardziej możliwa.

Niedawno jednak zmieniłem maszynkę do pracy na PII (Win98). W tym środowisku program, uruchamiany z twardego dysku, pracuje bez zarzutu. Razi wprawdzie błąd ortograficzny w okienku "O programie" ("Program jest chroniony przez Polskie i międzynarodowe prawo autorskie…" – przymiotnik "polski" pisze się małą literą!) i niewyraźne reprodukcje okienek dialogowych w pomocy podręcznej, ale nie przeszkadza to w pracy. Brak jedynie paru funkcji, do których przyzwyczaiłem się w swoim słowniku internetowym. Nie można bowiem wyszukać dowolnego ciągu z tekstu hasła (co dałoby surogat słownika informatycznego polsko-angielskiego). Nie ma też możliwości wyszukania hasła zgodnie z wzorcem wieloznacznym (np. *-oriented) ani też wyszukania całych wyrazów z tekstu haseł. Taka funkcja byłaby bardzo użyteczna, choć zapewne wymaga zbudowania dodatkowych plików indeksowych (ale na CD-ROM-ie jest dużo miejsca: słownik zajmuje, o ile pamięć mnie nie myli, ledwie ok. 45 MB). Wyszukanie bowiem terminu podobnego do tłumaczonego może znacznie ułatwić zadanie utworzenia nowego polskiego odpowiednika. W programie przydałaby się rownież możliwość importu danych przynajmniej z plików ASCII z separatorami (np. CSV). Dzięki temu tłumacze korzystający w dużej mierze z Excela, mogliby korzystać z interfejsu słownika do obsługi plików dostarczanych przez zleceniodawców (ale do tej obsługi konieczna byłaby funkcja wyszukiwania zgodnie z wzorcem, bo zwykle w formacie .CSV dostarczane są słowniki kontekstowe). Ciekawą funkcją byłby eksport własnych baz do innych formatów (TXT, HTML) lub druk wybranych haseł (oferuje to program Leksykonia).

Podsumowując: słownik Szaniawskiego jest na razie najpoważniejszym narzędziem w pracy tłumacza informatycznego. Nie jest to jednak narzędzie w żadnej mierze doskonałe – nie zawiera całości często stosowanego słownictwa, a wersja elektroniczna nie ma pewnych potrzebnych funkcji.

Duży słownik informatyczny angielsko-polski, wersja 1.0, Arskom, Warszawa 1998.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *